Świadectwo wiary

Bóg w moim życiu jest odkąd pamiętam, ale dopiero od śmierci drugiego męża nastąpiła prawdziwa Duchowa Rewolucja w moim życiu.

Już jako mała dziewczynka ukochałam Matkę Najświętszą. Zwracałam się do Niej w każdej trudnej sytuacji. a takich nie brakowało. Wychowałam się w rodzinie alkoholików. Tata prowadził nas do kościoła, mama nie zawsze. Ale byliśmy rodziną bardzo „katolicką”, która wychowywała nas dzieci w duchu, że Bóg za zło karze, że trafimy do piekła itd. Pamiętam z dzieciństwa Boga, którego trzeba się bać. W domu były awantury i przemoc, płacz i łzy. Ja prosiłam Matuchnę, by mnie zabrała do siebie. Nieraz modliłam się o śmierć, by rodzice zapili się, bo już nie dało się tam żyć. Było i tak, że znienawidziłam Boga za takich rodziców, za wstyd i upokorzenie. Ale były też dni abstynencji, wtedy cieszyłam się, że Maryja wysłuchuje moich próśb.

Gdy miałam 14 lat, rodzice oddali mnie do dziadków. Miałam się nimi opiekować. Tak mi mówiono. Dziadkowie przyjechali do Białegostoku z Elbląga. Czułam się odrzucona, ale z drugiej strony teraz wiem, że Bóg chciał, abym tu była.

Skończyłam szkołę i zaraz wyszłam za mąż. Urodziłam syna. W tym samym roku zmarła moja mama. Trudno mi było wybaczyć rodzicom, tym bardziej, że moi dziadkowie wrócili z powrotem po śmierci swojej córki do Gdańska, a ja zostałam sama. Miałam już dwoje dzieci. Jednak życie zmieniło się w piekło. Wtedy był to bardzo trudny czas. Sama musiałam utrzymać swoją rodzinę. Koszmar z dzieciństwa powrócił. Wstyd i upokorzenie, przemoc. Musiałam ratować siebie i dzieci. A Bóg – był, owszem, ale na moich warunkach. Liczyłam się tylko Ja. Po rozwodzie mój mąż zmarł. Jeszcze wtedy Bóg był – ale znowu na moich warunkach.

Miałam troje dzieci. Byłam sama, robiłam co chciałam. Ale stało się coś, czego nigdy bym się nie spodziewała. Na mojej drodze stanął Zbyszek – drugi mąż. Urodziłam mu troje dzieci. Czułam się przy nim jak nowonarodzona. Doceniana, ukochana, szczęśliwa. Nie musiałam pracować. On utrzymywał całą rodzinę. I przyszedł taki moment, że zaczęło mi czegoś brakować. Mieliśmy ślub cywilny. Bóg był obecny w moim życiu nadal, ale zaczęła pojawiać się dziwna tęsknota w sercu. Pomimo ludzkiego szczęścia, moja dusza była smutna. Wiem, że żyłam w grzechu i im bardziej o tym myślałam, moje serce rozrywał ból. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że Bóg wzbudził we mnie tęsknotę za Nim, bo miał wobec mnie plan. I przyszedł taki dzień, że zmarł mój ukochany mąż. Gdy umierał (trwało to 7 dni), nie wiem czemu wypowiedziałam takie słowa przy jego łóżku trzymając różaniec w dłoniach Zbyszka: „Boże, dziękuję za wszystko, co przy Zbyszku dostałam od Ciebie. Niech się dzieje Twoja wola, Panie, tylko nie pozwól, bym się sama pogubiła zostając z małymi dziećmi. Pomóż mi, Boże.” Moje najmłodsze dziecko miało 2 miesiące, gdy on odszedł do domu Pana.

Ja, oczywiście, myślałam, że sobie poradzę, ale nic bardziej mylnego. Po dwóch miesiącach od śmierci wiedziałam już, że nie dam rady. Zaczęła się moja wewnętrzna walka z sobą. Depresja lękowa, paraliż i strach. To rządziło mną. Do czasu, kiedy z różańcem w ręku zaczęłam błagać Maryję o pomoc. Dopiero wtedy tak naprawdę zdałam sobie sprawę, że tylko Jezus przywróci mnie do życia. Wiedziałam i zdawałam sobie sprawę, jak ogromna odpowiedzialność spoczęła na mnie jako matce. Dzieci miały tylko mnie. Zdałam sobie sprawę, że starsze dzieci też jeszcze potrzebują matki. Tym bardziej, ze jeden z moich synów popadł w poważne problemy. Konflikt z prawem, uzależnienie od alkoholu. Musiałam się podnieść. Codziennie wraz z Maryją modliłam się o przemianę mojego serca. Bo, żeby pomóc dziecku, musiałam pomóc sobie. Jeden Bóg wie, co się działo w moim sercu. Walka wciąż trwała o moją duszę. Zobaczyłam w moim uzależnionym synu – człowiek, który wpadł w pułapkę. Zaczęłam spostrzegać problem alkoholików zupełnie z innej strony.

Jakimś trafem pojechałam z grupą AA na pielgrzymkę do Obór. Tam doświadczyłam czegoś bardzo dziwnego. Wróciłam z ogromnym pokojem w sercu. W głębi duszy pragnęłam przemienić swoje życie, nie wiedziałam tylko, w jaki sposób Bóg znajdzie lekarstwo na moją duszę – chorą, zranioną, samotną. Wylałam cały swój żal Matce Bożej Bolesnej w Sanktuarium w Oborach. Tam usłyszałam, że bycie mamą to trud i ogromna łaska. W czasie modlitwy za chorych i błogosławieństwa powiedziałam Jezusowi w Najświętszym Sakramencie, żeby uzdrowił moją duszę. Pamiętam, że to czego doświadczyłam i doświadczam to samo działanie Ducha Świętego. Nie rozumiałam, co się stało – „spoczynek w Duchu Świętym”. Dopiero ksiądz Adam, gdy mu o tym opowiedziałam, powiedział: „Zobaczy Pani, jak Pani życie się zmieni.” Teraz wiem, co miał na myśli. Od powrotu z tej pielgrzymki moje życie przeszło zwrot o 180o. Jezus stanął na tronie w moim życiu. Nie liczę się ja, tylko On. To nawrócenie wciąż trwa. Już nie proszę Boga tylko daj i daj, i daj… Teraz Boga uwielbiam. Odkrywam Chrystusa na nowo. Dziękuję za każdy oddech mojego życia.

Dzięki Jezusowi jestem w Odnowie w Duchu Świętym. Tam poznałam wielu ludzi, którzy tak jak ja, z bagażem cierpień i zranień oddali swoje życie Chrystusowi. Moja dusza wciąż pragnie Boga, Boga dobrego, który ukochał mnie za nic, Boga, który nauczył mnie przebaczać i kochać ludzi takimi, jacy są. Moja dusz pragnie Boga, który pozwala mi patrzeć oczami Jego Syna na świat, na każdego człowieka. Bóg nauczył mnie pokory, pozwolił mi poznać Swojego Syna Jezusa Chrystusa na nowo. Moja wiara wciąż dojrzewa. Pomimo, że problemów wciąż przybywa, nieraz brakuje na podstawowe potrzeby dzieci, ja wyzbyłam się lęku. Ufam Bogu bezgranicznie, bo wiem, że On doprowadzi mnie do celu, jakim jest Zbawienie. Mogłabym tu opisywać wiele cudów, jakie zdarzają się po „drodze” do nieba.

Wiem też, że jeszcze parę lat temu siedziałabym jak „mysz pod miotłą” zalękniona, z grymasem cierpienia na twarzy, byle tylko wzbudzić litość. Teraz wie, że jeśli Bóg chce, abym cierpiała fizycznie (nadmieniam, że jestem chorą osobą z przewlekłym zespołem bólowym kręgosłupa, chorobą jelita grubego i dwunastnicy, mam niedowład kończyn górnych, problemy z oddychaniem przez ucisk na nerw piersiowy – to tak ma być. Nauczyłam się wszystko oddawać Bogu. Gdy boli, myślę o Męce Jezusa – wtedy następuje dziwna rzecz, w pełnej świadomości zamieniam ból na modlitwę i nie czuję bólu. Tak ma być. Pan wie najlepiej, co mi potrzeba.

Gdy zapytałam się Jezusa: „czego chcesz ode mnie Panie za Twe hojne dary?”, Pan też szybko dał mi odpowiedź – powołał mnie do służby szerzenia Bożego Dzieła Miłosierdzia. A gdy patrzę teraz na moje życie, codzienność, na ludzi, których spotykam, na moje dzieci, to widzę samego Chrystusa. A gdy ktoś (a takich jest wielu) zapytuje się mnie: „Jak to możliwe, że mając tyle dzieci, ma Pani czas dla innych, zawsze Pani się uśmiecha i tak dobrze sobie radzi?… Skąd ma Pani tyle siły?” Ja odpowiadam wtedy krótko: To Chrystus – to On – to Jego zasługa.

Sama wiele razy nie mogę się nadziwić, jak dobry jest Bóg. Jak ja to robię, że dzieci nie chodzą głodne, zawsze coś ugotuję, znajdę czas dla wszystkich, podzielę się tym co mam, a przede wszystkim, ze umiem głośno i otwarcie mówić o Nim, o Jezusie Chrystusie, który oddał swoje życie na Krzyżu, bo tak ukochał ludzi. I nawet, gdy czasami mam wrażenie, że Bóg do mnie nic nie mówi, mam pustkę, to tylko po to, by nauczyć się wsłuchiwać w głębię swojej duszy. Nauczyć się walczyć ze swoimi słabościami i grzechem. Bo je jestem sama z siebie niczym, a tylko w Bogu, Jezusie Chrystusie, Duchu Świętym mogę pokonać każdą swoją słabość i grzech.

Chwała Panu!

Edyta l.40

Chrystus w moim życiu

Chrystus w moim życiu zawsze był Kimś bardzo ważnym. Wyniosłam to z domu rodzinnego. Śp. Dziadek mówił: „Nie przegapcie godziny trzeciej, bo wtedy umierał Pan Jezus.” To ja biegłam i wołałam: „ Dziadek, chodź, zbliża się godzina trzecia.” Zostawiał pracę, przychodził do domu i pogrążał się w modlitwie. Jako małe dziecko widziałam ten piękny przykład oddawania czci Panu Jezusowi.

W latach 1976-78 (nie wiem, który to był rok) pracowałam w laboratorium przy badaniu parametrów próbek. Schylona przy aparacie i zadowolona, że rano po przyjściu do pracy zawiesiłam jako pierwsza w swoim pokoju krzyż Pana Jezusa. Koleżanki mówiły: „Uważaj, możesz mieć problemy z pracą.” Gdy weszła kierowniczka, spojrzała i nic nie mówiła. Może pomyślała – ale mądra, odważna dziewczyna. A ja byłam bardzo dumna ze swego czynu.

Gdy miałam 39 lat, usłyszałam diagnozę – rak, bardzo zaawansowany, inwazyjny. „Co u pani leczyć?” Ja nie załamałam się. Obrałam Pana Jezusa ordynatorem, Matkę Bożą – lekarzem, która wypisała mi receptę bez wykupywania w aptece. Lek ten był pod nazwą – modlitwa, opakowań – bez liku. Gdy nie było domowników, leżałam krzyżem i błagałam Pana Jezusa i Matkę Boża o ratunek. Modlitwa była moim codziennym lekarstwem, tego leku nie da się przedawkować. Lekarze dziwili się, że tak pięknie to zniosłam, a ja wiedziałam, że moim Ordynatorem Niebieskim jest Pan Jezus. Ten Lekarz Wszechmogący leczy wszystkie choroby ciała i duszy. Nie ma choroby, z którą by Pan Jezus nie poradził.

Mija 27 lat po operacji, a ja dzięki Panu Bogu wbrew rokowaniom lekarzy jeszcze pracowałam 16 lat. Pan Jezus jest moim Królem, Siłą i Zbawicielem. Gdy robiłam remont w domu, panowie uwijali się przy montażu mebli. Wreszcie koniec pracy – pomyślałam – poproszę, niech wbiją gwóźdź, a ja zawieszę piękny, nowy krzyż, który kupiłam wcześniej. Usłyszałam taką uwagę: „Po co ten krzyż, po co niszczyć ścianę?” Odpowiedziałam: „Ten krzyż Pana Jezusa jest ważniejszy od tych wszystkich mebli, które montowaliście”. Widziałam ich ironiczne porozumiewanie się między sobą. Byłam również zadowolona ze swojej postawy.

Często spoglądam na krzyż wiszący na honorowym miejscu w domu i mówię: „Kocham Cię, Panie Jezu.” „Chwała Tobie, Panie Jezu.”

Teresa ze wspólnoty „Źródło”

Świadectwo Bogdana

Jan Paweł II

– wspomnienia –

Do dnia śmierci Jana Pawła II byłem katolikiem niedzielnym, tzn. chodziłem do kościoła od niedzieli do niedzieli i w święta nakazane. Zachowywałem post, miałem postanowienia wielkopostne czy też adwentowe i myślałem, że to wystarczy. W kwietniu 2005 roku nadszedł dzień śmierci Jana Pawła II. Mój smutek był tak wielki, że płakałem jeszcze tydzień po tym wydarzeniu. Każde wspomnienie w telewizji czy w radiu o Janie Pawle II wywoływało we mnie wzruszenie. Miałem ogromny żal do siebie, że nie mogłem się z Nim spotkać osobiście na audiencji, że nie miałem żadnej pamiątki od Niego, chociażby zdjęcia u Jego boku. Po uroczystościach pogrzebowych narodziło się we mnie ogromne pragnienie pogłębienia wiary. Tak naprawdę to autorytet Papieża był dla mnie bodźcem do tego, aby podążać za Chrystusem i bliżej poznać Pana Boga. To właśnie w tym okresie zacząłem gorliwie się modlić, wziąłem do ręki Pismo Święte, kupiłem „Tryptyk Rzymski”, dostałem też od przyjaciół zbiór encyklik papieskich napisanych przez Jana Pawła II. Wyruszyłem po raz pierwszy w pieszą pielgrzymkę mężczyzn do Krypna.

Kilka miesięcy później, zmarł mój tata. Łatwiej było mi zrozumieć i przeżyć Jego śmierć. W następnym roku skierowałem moje kroki do Wilna w kolejnej pieszej pielgrzymce. To właśnie na tym szlaku, przez Polskę, Białoruś i Litwę, Miłosierna Matka Boża pokazała mi drogę do swojego Syna, Jezusa Chrystusa.

Mijały miesiące, a ja nadal szukałem głębokiej wiary. Na tej drodze poszukiwania, po ukończeniu 40. roku życia, Duch Święty postawił mi Ks. Radka Hryniewickiego. To właśnie Ks. Radek zaprosił mnie na Rekolekcje Ewangelizacyjne Odnowy w Duchu Świętym. Przeżyłem je bardzo mocno. To w czasie tych rekolekcji zobaczyłem i poznałem miłość Pana Boga oraz wyznałem swoimi ustami, że Jezus jest moim Panem. Można powiedzieć: narodziłem się na nowo. Stanąłem w prawdzie. Spostrzegłem, gdzie jestem z moją niedzielną wiarą. No i Kochani, zaczęło się… Jak nowo narodzone dziecko uczyłem się rozmowy z Panem Bogiem i chodzenia Jego ścieżkami. Po rekolekcjach nie należałem jeszcze do żadnej wspólnoty. Pół roku męczyłem się z sobą samym, bo wiedziałem, że powstała po rekolekcjach grupa modlitewna spotyka się regularnie. Duch Święty dał mi męstwo, abym przełamał swoją nieśmiałość. To z Jego pomocą poszedłem i zobaczyłem siostry i braci, którzy radują się ze wspólnej modlitwy. Tam doświadczyłem działania Ducha Świętego, który nas otwierał na miłość Bożą i już 4 lata uczęszczam na spotkania. Przeszedłem formację duchową i dzielę się tą wielką radością z innymi, a radość moja teraz jest jeszcze większa, bo mogę wzrastać we wspólnocie razem z moją kochaną żoną.

Jestem teraz zupełnie innym człowiekiem. Zmieniły się moje priorytety życiowe. Dostrzegam to, czego wcześniej nie widziałem. Staram się zrozumieć człowieka i powody jego postępowania. Na co dzień czuję obecność i opiekę Pana Boga. Mam wrażenie, że problemy, na pierwszy rzut oka czasami bardzo trudne, po modlitwie-prośbie same się rozwiązują.

Dziękuję Opatrzności za Jana Pawła II.

Jeśli kogoś zaciekawiło moje świadectwo, serdecznie zapraszam na spotkania, które odbywają się we wtorki, po Mszy św. na plebanii.

Bogdan Reducha
Wspólnota Odnowy w Duchu Świętym
przy parafii NMP Królowej Rodzin
w Białymstoku

Świadectwo Roberta

Mam na imię Robert. Pochodzę z rodziny, w której nie zawsze praktykowano zasady życia chrześcijańskiego i której zarazem związek z Kościołem był bardzo luźny. Zostałem ochrzczony po 8 miesiącach od dnia moich urodzin – dzięki dziadkom. Pierwszą Komunię Świętą zawdzięczam niektórym moim koleżankom i kolegom ze szkoły oraz katechetce siostrze Elżbiecie, która za ich namową na kilka miesięcy przed Pierwszą Komunią Świętą przyjęła mnie na lekcje religii, zajęła się mną i nadrobiła ze mną moje zaległości. Czas przygotowań do Pierwszej Komunii Świętej zbiegł się z czasem rozwodu moich rodziców. Ojciec porzucił rodzinę, pozostawiając na głowie mojej mamy mnie, rodzeństwo oraz do spłaty swoje długi. Mama stanęła z problemem, z którym od początku nie potrafiła sobie poradzić. Myślę, że przechodziła załamanie. Ciągle narzekała, że na nic ją nie stać, że ja ją tyle kosztuję. Oszczędności robiła na jedzeniu i ubraniach. Mimo, że byłem dzieckiem, rozumiałem ją. Nie chciałem stawać na jej drodze, nie chciałem być dla niej ciężarem. Mama zajęła się sobą i młodszym bratem. Ja miałem większą swobodę działania. Nie lubiłem domu. Na ulicy spotkałem podobnych do mnie. Nie potrafię nazwać tego, co się we mnie wówczas działo. Niewątpliwie było mi trudno. Znam smak głodu i wiem, do czego byłem zdolny, żeby zdobyć coś do jedzenia. Do dziś mam uczucie pewnego bezpieczeństwa, kiedy się najem. Wówczas wyróżniałem się ze swojego otoczenia zaniedbaniem i chyba zapachem. Nie radziłem sobie z nauką. Zainteresowała się mną pedagog szkolna. Za jej przyczyną zostałem czasowo odebrany mamie i przeniesiony do Dziecięcego Centrum Readaptacyjnego filii Państwowego Domu Dziecka w Jeleniej Górze. Tam chodziłem do szkoły. Nie pamiętam za dobrze tego okresu. Były tam dzieci z całej Polski. Dzieci, których rodzice byli albo alkoholikami, albo się rozwiedli. Był tam jeden chłopak, którego rodzice byli głuchoniemi. Szkołę podstawową kończyłem już w Białymstoku jako czwórkowo-piątkowy uczeń. Nie pamiętam swojego Bierzmowania. Jednak od tego czasu każdego dnia, bez przerwy, modlę się na różańcu. Po maturze odbywałem zasadniczą służbę wojskową. Był to jeden z najpiękniejszych okresów mojego życia. Nie wiem jak to jest, ale łatwiej nawiązuję relacje z osobami, które miały podobnie pokręcone życie. W wojsku to ja zostałem przez takie osoby odnaleziony i niejako „uchroniony i namaszczony” na pisarza kompanijnego. Byłem w kompanii w hierarchii ważności drugą osobą zaraz po dowódcy kompanii. Do moich obowiązków jako pisarza kompanijnego należało: prowadzenie książki rozkazów; prowadzenie akt osobowych żołnierzy; planowanie i zabezpieczenie służby; planowanie, rozpatrywanie i rozliczanie przepustek i urlopów okolicznościowych; planowanie i rozliczanie żywności (w tym kartek żywnościowych); kwestie finansowe związane z żołdem oraz różnymi dodatkami niepieniężnymi. Z wojska wyszedłem w stopniu kaprala z odznaką wzorowego żołnierza. Byłem przygotowany do samodzielnego życia. Modlitwy różańcowej nie zaprzestałem. Określiłem wtedy swój plan – cel. Podejmę pracę i będę dobrym pracownikiem, skończę studia z dobrym wynikiem, ożenię się, będę miał dwoje dzieci: córkę i syna. Od 25 lat pracuję bez przerwy, w tym od 20 lat jako celnik. W tym roku we wrześniu otrzymałem od Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Bronisława Komorowskiego srebrny medal za długoletnią, wzorową służbę. Od 21 lat jestem żonaty. Mam wspaniałą żonę, bardzo dobrze gotuje. Ma na imię Dorota, nie dawno odkryłem, że w języku greckim to imię oznacza: „dar od Boga”. Mam 18 letnią córkę i 15 letniego syna. Studia wyższe ukończyłem z tytułem magistra ekonomii z oceną bardzo dobrą na dyplomie. Zanim się ożeniłem otrzymałem od mojej babci na własność w darowiźnie mieszkanie znajdujące się w drewnianym domku. Początki mojego małżeństwa nie były łatwe. Oboje z żoną nie wiele zarabialiśmy. Był to czas galopującej hiperinflacji. Wzięliśmy kredyt bankowy na zakup mebli. Oprocentowanie w stosunku rocznym wynosiło 36 %, po 3 miesiącach wzrosło do 82 %. Nie zapomnę pierwszej naszej zimy. Nie mieliśmy środków na zakup węgla. Codziennie chodziliśmy do chlewka na zmianę raz ja raz żona, by tam z nadzieją przebierać rękami w piachu w poszukiwaniu kawałków, pozostałości węgla. Do dziś ja z żoną zastanawiamy się, jak to było możliwe, że w miejscu, w którym już dawno nie było węgla, nam każdorazowo dzień w dzień w tym samym miejscu przez okres od października do marca udawało się codziennie napełnić wiadro węglem. Zaraz po tym doświadczeniu w moim życiu pojawił się dawno niewidziany mój wujek, który wrócił z zagranicy, od którego otrzymaliśmy darmowy deputat na węgiel na kilka następnych okresów zimowych. W tym samym czasie spotkaliśmy się również z ogromną życzliwością przyjaciół ze strony mojej żony. Otrzymaliśmy od nich za darmo naszą pierwszą lodówkę. Dzięki nim podjęliśmy dodatkowe zajęcia zarobkowe. Szybko spłaciliśmy nasze zobowiązanie finansowe. Wkrótce po tym zostałem zatrudniony w urzędzie celnym. Wydawało mi się, że już nic złego nie może mnie spotkać. Jednak z pojawieniem się moich dzieci, zaczął mnie trawić nowy problem, który bardzo mnie przerósł. Brak ojca w moim życiu spowodował, że nie mając wzoru bycia ojcem, nie wiedziałem, czym jest ojcostwo. Moje częste wyjazdy służbowe, dodatkowa praca w nadgodzinach, były moją wymówką i ucieczką od moich rodzicielskich obowiązków. Nie potrafiłem być ojcem dla swoich dzieci. Nie odnajdywałem się w życiu mojej rodziny. Do poznania tej rzeczywistości dochodziłem bardzo powoli. Jej pełne przeze mnie odkrycie sprawiło, że nie chciałem tak dalej żyć. Konsekwencją tego wewnętrznego rozbicia była niemożność przyjęcia przeze mnie propozycji intratnego awansu zawodowego. Utraciłem sens życia. Dziewięć lat temu uczestniczyłem w Rekolekcjach Ewangelizacyjnych Odnowy w Duchu Świętym. Stało się coś, co jest dla mnie najważniejszym i najbardziej przełomowym odkryciem mojego życia – Bóg jest moim Tatą! Po jakimś czasie zwróciłem uwagę, że zacząłem szczycić się tym, że jestem tatą, że czynię starania i znajduję czas dla moich dzieci. Szybko rosną. Tym bardziej czułem potrzebę bycia z nimi w ich okresie dorastania. Rozmawiamy ze sobą. Dzielą się one swoimi problemami i radościami. To czego nie było, a jest teraz, to radość z przebywania razem, żona mi mówi, że stałem się bardziej matczyny niż ona. Jestem spokojniejszy o swój byt i rodzinę, nawet biorąc pod uwagę nagłe i niesprzyjające okoliczności. Dwa lata temu stwierdzono u mnie nowotwór w kości udowej lewej. Przeszedłem operację, kontynuuję leczenie. Jest we mnie pokój. Wiara w Boga bardzo mi pomaga. Powoduje, że kiedy ktoś mi mówi, że czegoś nie mogę zrobić, że to ponad moje siły, ja się tylko w duchu uśmiecham, bo Bóg daje mi siłę wyboru. Wiara pomaga mi w wybiciu się ponad przeciętność. W dalszym ciągu kontynuuję modlitwę różańcową. Lubię mój dom. Odnajduję się w mojej rodzinie. Umawiam się z moją żoną na randki, a to udajemy się do jakiejś restauracyjki na dobrą kolację, a to idziemy do kina. Dzieci nas w tym dopingują. Odnajdując się w życiu rodziny, odnalazłem się jednocześnie w życiu Kościoła. Od sześciu lat jestem liderem grupy modlitewnej „Jezus Dobry Pasterz” w parafii Ducha Świętego w Białymstoku. W pracy społecznej udzielam się na rzecz ludzi, których życie bardzo się skomplikowało. Potrzebują pomocy w załatwieniu prostych spraw życiowych, w przełamywaniu barier w relacjach międzyludzkich. Wydaje mi się, że znam ich od dawna. Na swój sposób są mi bliscy. Umiem z nimi rozmawiać. Otwierają się przede mną.  Zmiana dokonała się też w życiu mojej mamy i młodszego brata. Oboje praktykowali coś w rodzaju hinduizmu, byli zafascynowani osobą Satia Sai Babą. Przed siedmioma laty oboje przeżyli swoje nawrócenie podczas wakacyjnych Rekolekcji Ewangelizacyjnych Odnowy w Surażu. Odnaleźli pokój serca. Mama realizuje się w różnych programach prowadzonych przez Uniwersytet Trzeciego Wieku. Spełnia się w malarstwie akwarelowym. Brat ma od tamtej pory stałe zatrudnienie. Jest specem od kominków. Oboje od jakiegoś czasu praktykują modlitwę różańcową.

 

Białystok, listopad’2011.                                                           Robert Masłowiecki

Świadectwo Haliny

Mam na imię Halina. Należę do Grupy modlitewnej przy Parafii NMP z Guadalupe. W tym roku chciałam pojechać na Czuwanie Odnowy w Duchu Świętym w Częstochowie, ale tydzień wcześniej zachorowałam na rwę kulszową. Tabletki nic mi nie pomagały. Od poniedziałku po Czuwaniu miałam iść na zastrzyki. Pomimo bólu pojechałam na Czuwanie. W czasie modlitwy o uzdrowienie prosiłam Boga o uzdrowienie, ale ciągle bolało. Pomyślałam, że jestem niegodna. Około trzeciej rano wróciliśmy do domu. Po kilku krokach po wyjściu z autokaru zauważyłam, że nic mnie nie boli. Przyszłam do domu, wzięłam Pismo Święte i czytam: „Biedak zawołał i Pan go wysłuchał” i dalej „Nie święci i nie Zastępy Aniołów ale Ja Pan cię uzdrawiam”. Jak niewierny Tomasz nadal nie wierzyłam w uzdrowienie. Myślałam, że jak wrócę do pracy, to ból wróci. Ale nie wrócił. Zostałam uzdrowiona. Chwała Panu!

Halina

Rekolekcje wielkopostne 2011

Bardzo chciałam uczestniczyć w rekolekcjach wielkopostnych, w których oprawę muzyczną miał tworzyć mój ulubiony zespół Mocni w Duchu. Miały być to moje pierwsze rekolekcje Odnowy w Duchu Świętym. Kupiłam nawet koronkę do Ducha Świętego i zaczęłam ją odmawiać wraz z tajemnicą różańca świętego: Zesłanie Ducha Świętego w intencjach o głębokie przeżycie tych rekolekcji dla naszej wspólnoty. Jakie było moje zdziwienie, kiedy we wtorek obudziłam się z ogromnym bólem gardła. W domu zapanowała grypa. Prosiłam więc Boga słowami: Ty wiesz Boże jak bardzo zależy mi na tym, by pójść na te rekolekcje. Jeżeli i Ty tego chcesz – pomóż mi. I przestałam o tym myśleć. Oddałam sprawę w ręce Boga i właściwie to zrezygnowałam już z moich planów. Następnego dnia obudziłam się jednak nie czując żadnego dyskomfortu. Gardło było w najlepszej formie, a nawet  w tak dobrej już dawno nie było. Pracując w szkole z małymi dziećmi straciłam dźwięczność w głosie a niedomykalność krtani , która doskwiera mi już wiele lat, często uniemożliwia mi aktywną pracę. Tego dnia nie mogłam się nadziwić dźwięczności mojego głosu. Tak brzmiący nie był już od bardzo dawna.

I wreszcie doczekałam się wieczoru. Mogłam wybrać się do kościoła Św. Wojciecha, aby uczestniczyć w rekolekcjach. Msza święta była taka zwyczajna, a o. Remigiusz Recław wydawał się być taki młody. Spodziewałam się zobaczyć kogoś starszego. Nie mniej jednak opuszczałam kościół z przeświadczeniem, że jutro znowu tu przyjadę.

W czwartek o. Recław prowadził modlitwę o uzdrowienie. Zdziwiło mnie to, że te młode dziewczyny śpiewające w zespole mają dar poznania. Wiedziały, że w tej chwili jest uzdrawiany człowiek z cukrzycy, inny z przewlekłego kataru. Zaczęło do mnie docierać, że wiek naprawdę nie gra tu żadnej roli. Duch Święty przychodzi do kogo tylko zechce. To zapewne powoli zaczynało otwierać we mnie jakieś drzwi.

W piątek z kolei ujęło mnie świadectwo Eli (mamy Ingi Pozorskiej- kierowniczki zespołu). Gdy zaczęła opowiadać o  swoim życiu, wówczas ujrzałam siebie w przeszłości z podobnymi problemami. Stała się więc mi bardzo bliska. Jej mąż miał glejaka – taki przypadek guza, którego się nie operuje. Podobne przeżycia były także i moim udziałem, gdyż kilka lat temu usłyszałam diagnozę lekarską dotyczącą mojego synka: „Guz przysadki mózgowej”. Przypomniałam sobie, jak wtedy się czułam, jak ugięły się  pode mną kolana, a ja mówiłam: nie, to nie może być prawda. To niemożliwe. Mnie nie mogło przydarzyć się coś takiego. Wspomnienia na nowo ożyły z wielką siłą. Duch Święty wykorzystał  w tamtej chwili moje emocje, bo najlepsze było jeszcze przede mną. Pod koniec Mszy świętej podzieliliśmy się na 3 – osobowe grupki. Stała obok mnie Ewa z mojej wspólnoty, więc szybko przytuliłyśmy się do siebie, żeby przypadkiem nikt nas nie rozdzielił. Otrzymałam nr 1. Tak zdecydowała Ewa. Uklękłam więc jako pierwsza, a Ewa i inna dziewczyna, która znalazła się w naszej trójce, modliły się nade mną. Zaczęłam prosić Ducha Świętego, aby otworzył drzwi mojego serca. Tak bardzo pragnęłam, aby wszedł i ogarnął mnie, choć nie wiedziałam jeszcze, o co tak naprawdę proszę. Nagle usłyszałam, że z moich ust wypływają słowa, których nie rozumiem. Było to coś w rodzaju: lamana la itp. Zrozumiałam, że to Duch Święty modli się we mnie. Tego uczucia nie da się opisać. Łzy szczęścia spływały mi po twarzy,  ale nie wstydziłam się tego. Gdy wstałam, by modlić się za Ewę poczułam, że mogę więcej niż dotychczas, że moja modlitwa ma jakąś nieznaną mi moc. Modliłam się w językach. Po chwili podszedł do nas ksiądz (nawet nie pamiętam który – jeśli się nie mylę ks. Herman) i na naszych czołach zrobił znak krzyża. Sądziłam, że podszedł do wszystkich. Tylko zdziwiłam się, że udało mu się tak szybko przejść przez tłum ludzi. Okazało się, że podchodził do wybranych osób. To wiem z relacji bardziej świadomych w tamtej chwili osób.

Na koniec – o. Remigiusz pobłogosławił nas monstrancją z Najświętszym Sakramentem, aby uzdolnić nas do niesienia krzyża. Dla mnie w tamtej chwili żaden krzyż nie przychodził do głowy, bo byłam przeszczęśliwa. W euforii wróciłam do domu i od razu zaczęłam opowiadać moim dzieciom, o tym co mnie spotkało. Mego męża nie było jeszcze w domu. Wrócił jednak po chwili z próby chóru w okropnym humorze. Moje wyznanie rozzłościło go jeszcze bardziej. Powiedział mi kilka bolesnych słów, które przeszyły moje serce jakby mieczem. Wówczas przypomniałam sobie  monstrancję i  słowa ojca Remigiusza. A więc to ten krzyż – pomyślałam. „W tej chwili mam go z pokorą nieść. Tak Panie. Zgadzam się. Dla Ciebie to uczynię”. W ciszy poszłam do swego pokoju i zasnęłam z Duchem Świętym, gdyż mój mąż tej nocy mnie opuścił. Następnego dnia dzień zaczął się od nowa . Zło odeszło i zapanował spokój. Szukałam tylko wolnych chwil, aby sprawdzić, czy przypadkiem Pan Bóg nie zabrał mi tego daru. Bałam się, że może to było tylko moje złudzenie. Ale nie. Gdy tylko przyzywam Ducha Świętego –On przybywa, a ja kładę swe dłonie na moim najmłodszym synku, by Jego moc go ogarniała i uzdrawiała. Teraz rozumiem słowa: „Jesteście świątynią  Ducha Świętego”. Czuję, że naprawdę we mnie zamieszkał.

Chwała Panu.

Dorota

 

Świadectwo z Rekolekcji Ewangelizacyjnych Odnowy

W życiu codziennym człowieka świeckiego wiele czynników oddala go od wiary. Z perspektywy czasu tak stało się ze mną. Jestem osobą praktykującą. Co tydzień staram się uczęszczać we Mszy świętej niedzielnej, a także w Święta. Ale z biegiem czasu działania zaczynają wpadać w rutynę. I tak samo stało się ze Mszą świętą. Zaczęłam nie dostrzegać wartości i świętości tego Sakramentu Chodzenie do kościoła stało się nie tak ważnym. Bra-kowało czasu na naukę wiary, na codzienne rozważanie Pisma Świętego.

Będąc na REO odżyłam. Zrozumiałam, że jestem kochaną córką Pana Jezusa. Pana wszechświata, który nigdy mnie nie zostawi samej, który kocha bezgraniczną miłością. Przez Niego wszystko się stało. On mnie powołał do istnienia, pierwszy o mnie wspomniał. Na ile jestem małej wiary teraz mogę sobie to uświadomić.

Pan Jezus chce żebym była obecna w Jego życiu, chce mnie chronić od zagrażających mi burz. Chce abym prosiła, abym modliłam się do Niego i czeka na moją postawę wobec Nie-go. Żebym szła Jego ścieżkami i nie odwracałam się od Niego. Chce być ze mną. Ale to wy-maga pracy z mojej strony, ciągłej modlitwy i czynów. Niestety nie byłam uczciwa wobec Pana, nie wiedziałam jak bardzo jestem ważna dla Niego. Nie wiedziałam, że mnie aż tak bardzo kocha. Myślałam że Jego miłości nie wystarcza dla mnie i że jestem gdzieś obok. Otworzył moje serce. Sprawił, że za pomocą Ducha Świętego zobaczyłam Go. Dowiedziałam się, jak jestem dla Niego ważna. Jego miłość nie zna granic. Wlał we mnie duże zaufanie. Zobaczyłam jak wielu łaskami jestem obdarowana. On jest DROGĄ, PRAWDĄ i ŻYCIEM.

Podczas tych rekolekcji nauczyłam się prosić, nauczyłam się modlić nie do stereotypu, lecz do żywej Osoby. Jakież to jest ważne. A Pan Jezus obdarowuje swoimi łaskami, uzdrawia mnie i prowadzi swoimi ścieżkami do Boga Ojca, od którego wszystko pochodzi.

Najważniejsza jest MIŁOŚĆ. Jezus chce, aby miłować Go i zachowywać Jego przykazania, a On zaś będzie prosił u Boga Ojca – Ducha Prawdy, Ducha Pocieszyciela. I właśnie Duch Święty obdarowuje nas darami. Nie wiedziałam czym są Dary, którymi jestem obdarowana. Nie byłam świadoma że posiadam je. Pan Jezus pragnie żebym prosiła Go o Ducha Świętego i Jego dary. Teraz wiem, że prosząc, Pan ożywia je i mogę nimi posługiwać. Bez pomocy Ducha Świętego nikt nie może powiedzieć „Panem jest Jezus”.

„Różne są dary łaski, lecz ten sam Duch, różne też są rodzaje posługiwania, ale jeden Pan, różne są wreszcie działania, lecz ten sam Bóg, sprawca wszystkiego we wszystkich.” (1 Kor 12, 1-11)

Beata Michalovska

„Weekend uwielbienia” w Hermanówce

Kiedy 25 czerwca uczniowie odbierali świadectwa ukończenia kolejnej klasy lub szkoły a do Różanegostoku wyruszyła pielgrzymka, w Hermanówce rozpoczynał się „Weekend uwielbienia”. Uczestnicy – to członkowie Odnowy w Duchu Świętym, Wspólnoty Kairos oraz Zespół Uwielbienia „OdNowa”.

Gdyby pisać o tym wydarzeniu sprawozdawczo, to nie oddałoby właściwej atmosfery tych dni. Dlatego napiszę może fragmentarycznie (jeśli chodzi o program), ale podzielę się swoimi odczuciami i przeżyciami.

W Odnowie jestem trzeci rok i wielokrotnie słyszałam i doświadczałam Bożej Miłości. Wiele razy rozważałam słowa, że „Bóg Cię kocha”, wiele razy słyszałam, że kocha mnie taką, jaką jestem, ale nigdy nie usłyszałam, że kocha mnie za nic! Tak, za nic. Bo po to mnie stworzył, by mnie kochać. Zostałam stworzona w pragnieniu Boga. A jak tak się „starałam”! Starałam się przypodobać, dobrać słowa na modlitwie, zadbać o postawę, zasłużyć, po swojemu, po ludzku. A tu usłyszałam, że On nie czeka na moje starania, aż będę lepsza, bardziej święta, On mnie kocha za nic. Ta prawda przemówiła do mnie najbardziej i przestałam się „starać” a zaczęłam słuchać i uczyć się uwielbienia, które stało się zachwytem dla Mojego Boga i Stwórcy. To nie jest łatwe, gdyż w modlitwie wiele razy skupiam się na sobie. To nie jest łatwe również dlatego, że świat wydziera mi brutalnie ten zachwyt, odwraca uwagę, proponuje wielość wrażeń, rozmywa ważne sprawy, proponuje zmodyfikowany system wartości, w którym człowiek, jego sukcesy, osiągnięcia, zaradność, piękno i przyjemności są najważniejsze. Ten weekend pozwolił mi stanąć w ciszy nocy przed Panem, znaleźć właściwą perspektywę, spotkać ludzi, którzy tak, jak ja chcą ochronić w sobie prawdziwe oblicze Miłującego Boga. Nocna adoracja i indywidualny czas na spotkanie z Panem w Najświętszym Sakramencie były okazją do uczenia się uwielbienia, tego zachwytu dla Miłości Boga. Pan Bóg jest godzien mojego uwielbienia i nie ma takiego czasu, który nie byłby właściwy, by to czynić.

Ten weekend uświadomił mi istotę kontemplacji Boga w ciszy mojego serca i znaczenie takiej modlitwy dla mnie samej. Kiedy Mojżesz rozmawiał z Bogiem, wszedł w obłok, który zakrywał Ich spotkanie, ale kiedy wyszedł z obłoku, jego twarz promieniała, jaśniała i lud widział to zmienione oblicze Mojżesza. Chciałabym, by moje spotkania z Panem Bogiem były dla mnie takie przemieniające, by inni doświadczali Miłości Boga we mnie.

Urszula

Weekend uwielbienia

Moje „Przymierze z Panem Bogiem”

Mam na imię Barbara. Jestem w Grupie Modlitewnej „Betlejem” przy Parafii Świętej Jadwigi Królowej w Białymstoku.
Jestem matką i szczęśliwą babcią dzięki łasce Bożej. Na narodziny wnuka czekałam 7 lat, były to kłopoty zdrowotne. Modliłam się gorąco, uczestnicząc wiernie we Mszach Świętych z modlitwą o zdrowienie odbywających się w ostatni poniedziałek miesiąca w kościele św. Rocha.

Pewnego czwartku do naszej Grupy „Betlejem” przybył ks. Andrzej Brzozowski – ówczesny koordynator białostockiej Odnowy. Powiedział święte słowa: „Jeśli do modlitwy prośby dołożysz jałmużnę – dar na Dom rekolekcyjny w Surażu, będziesz wierzył i będzie to zgodne z wolą Bożą, to doświadczysz cudu.” Nazwał to zobowiązanie „Moje Przymierze z Panem Bogiem”. Odpowiedziałam na to zaproszenie i po roku urodził się chłopczyk – Maciuś – dar Boży. Ja otrzymałam emeryturę, mogłam zaopiekować się dzieckiem, a córka mogła pracować. Dalej trwałam w „Przymierzu”, dziękując dobremu Bogu za dar życia wnuka. Z tego dziękczynienia urodziła się dziewczynka. Nadal trwam w swoim zobowiazaniu. Jestem wdzięczna Panu Bogu za dar życia wnuków, a ks. Andrzejowi z zaproszenie mnie do „Przymierza z Panem Bogiem”.
Chwała Panu!

Przymierze

Dzięki Przymierzu, które zawarłam na rzecz Domu Rekolekcyjnego w Surażu, moja córka i zięć (ślub cywilny) zawarli związek sakramentalny. Mieszkają na Zachodzie, ale żyją po chrześcijańsku, uczestniczą w Eucharystii, chodzą do spowiedzi, przyjmują Pana Jezusa do serca. To wielka łaska Boża. Córka mimo cholestazy ciążowej urodziła szczęśliwie synka, potem córkę. Moje wnuczęta zostały ochrzczone i wychowywane są po chrześcijańsku. Miłość Pana jest wielka.
Chwała Bogu Jedynemu!

Ewa z „Betlejem”